Home

Galeria

Reklama
Katastrofa UFO w Gdyni PDF Drukuj Email
Napisał Makbet   
Środa, 03 Czerwiec 2009 12:57
Miała miejsce w styczniu w roku 1959. Dzisiaj o tych tajemniczych wydarzeniach pamiętają jedynie nieliczni świadkowie. Co naprawdę wydarzyło się pewnej mroźnej, zimowej nocy w gdańskim porcie. Na Bałtyku tej nocy szalał sztorm. Siła wiatru dochodziła nawet do 8 stopnie w skali Beauforta. W porcie na nocnej zmianie pracowało kilkadziesiąt osób. Zbliżała się godzina 5:OO. To trwało zaledwie kilka sekund. Nagle na niebie coś rozbłysnęło. Obiekt sporych rozmiarów, będący koloru różowego lub czerwonego z rozgałęzioną, ognistą smugą wpadł do wody. Nad falami w miejscu katastrofy jeszcze długo unosiła się para…

„Jesteśmy przekonani, że wówczas nad Gdynią doszło do katastrofy statku kosmicznego”-Bronisław Rzepcki.
Do katastrofy w Gdyni doszło 21 stycznia 1959 roku, jednak pierwsze wzmianki w prasie pojawiły się dopiero po tygodniu. Dlaczego tak późno? Czyżby komuś zależało na utrzymaniu tej informacji w tajemnicy? 23 stycznia do redakcji „Wieczory Wybrzeża” z samego rana zadzwonili Włodzimierz i Jadwiga Płonczkier z Gdyni. Powiedzieli, że o godzinie 6.05 zauważyli nadlatujący nad miasto od północnego zachodu talerz. Był sporych rozmiarów, koloru pomarańczowego o różowych brzegach. Zawisł nad miastem na kilkanaście minut.

Później ukazał się artykuł zatytułowany „Portowcy opowiadają o tajemniczym obiekcie”. Można było w nim przeczytać :
"Pierwszym, który oficjalnie zgłosił w Kancelarii Miejskiej MO swoje spostrzeżenia był pracownik portu, Jan Blok. - Ja i pięciu moich kolegów pracowaliśmy w tym czasie w ładowni (...) Ten dźwięk przypominał raczej zgrzyt, powstały na skutek tarcia metali. - Dźwigowy Władysław Kuczyński dodał, że "coś" było długości około metra, raczej półkoliste niż okrągłe, najpierw różowe, później coraz bardziej czerwieniejące. Woda wytrysła na wysokość 1,5 metra."

Dzisiaj bardzo trudno trafić na ówczesnych świadków wydarzenia. Wielu z nich już nie żyje, inni opuścili wybrzeże. Udało się skontaktować z emerytowanym pracownikiem portu – Stanisławem Kolodziejskim. Pan Stanisław bardzo dobrze zapamiętał wydarzenia, z tamtej nocy. Pracował w tym czasie na najwyższym w porcie dźwigu , stojącym w pobliżu Polskiego Basenu. Widział wszystko dokładnie.

„Miałem wtedy 30 lat - wspomina - Nagle zrobiło się widno, coś płonącego wpadło do basenu. Pobiegłem na statek "Jarosław Dąbrowski", zwróciłem się do lukowego z pytaniem, czy coś widział. Potwierdził. To było wielkości dwustulitrowej beczki!”
A jednak okazuje się, że jednak coś wydobyto z gdańskiego basenu portowego. Inż. Alojzy Data, do dziś pracujący w porcie, dokładnie przypomina sobie wygląd zjawiska.

„- Był to walcowaty pojemnik jakby z folii szklanej - wspomina inżynier - wypełniony rdzawą cieczą o wiele cięższą od wody. Nasze laboratorium bardzo bało się sprawdzić ten pojemnik. Wie pani, po wojnie dno morza usiane było różnymi świństwami. Podejrzewano, że to może być iperyt albo fosgen. Problem został rozwiązany w bardzo prosty sposób: natychmiast pojawił się pracownik Urzędu Bezpieczeństwa, który zabrał znalezisko. I tyle je widzieliśmy.”

W zachodnich książkach na ten temat powoływano się na zeznania portowych strażników, którzy to widzieli na plaży istotę w dziwnym uniformie, ze spaloną twarzą i włosami. Dziwna istota podobno mówiła nieznanym językiem. Prawdopodobnie została zabrana do szpitala uniwersyteckiego, gdzie stwierdzono u niej inne krążenie krwi oraz inne organy wewnętrzne. Po kilku dniach istota zmarła po zdjęciu „bransoletki” z jego/jej ramienia. Niestety nie podano nazwisk relacjonujących to osób, co uniemożliwia sprawdzenie tego, a mało kto uwierzy takim zeznaniom bez żadnych dowodów.


Katastrofa w Gdyni polskim Roswell?

Z piskiem- ocierających się blach, otoczony czerwonym światłem i ciągnący za sobą długi ogon płomieni, wpadł do spokojnej wody potężny obiekt. W kilka sekund później znów było ciemno i tylko duże fale świadczyły o tym, że coś się wydarzyło. Dochodziła 6 rano 21 stycznia 1959 roku. Następnego dnia „Wieczór Wybrzeża” powołując się na relacje naocznych świadków, na pierwszej stronie zamieścił informację o katastrofie nieznanego pojazdu nad Gdynią, następującej treści:
„Zaobserwowany obiekt był dużych rozmiarów i miał kształt koła. Talerz ten był koloru pomarańczowego, jego brzegi zabarwione były na różowo. Obiekt nadleciał od strony miasta i wykonując gwałtowny manewr, jakby chciał uniknąć rozbicia sie a ląd, spadł prawie pionowo do wód portu. W ubiegłym roku telewizji japońskiej i Bronisławowi Rzepeckiemu, badaczowi zjawisk UFO, udało się odszukać dwóch świadków tego wydarzenia - pracowników portu, dźwigowych: Stanisława Kołodziejskiego i Władysława Kuczyńskiego, którzy potwierdzają ten opis.”

Ale powróćmy do tamtych dni. Miasto huczało od plotek. I nagle tropiący niecodzienne wydarzenia dziennikarza zamilkli. Najwyraźniej ktoś, kto miał wpływ na publikacje prasowe, skutecznie „odradził im” dalsze zajmowanie się tą sprawą. Ponieważ jednak zbyt wielu świadków widziało katastrofę, trzeba było zrobić coś, co w sposób naturalny zakończy sprawę.
Za zgodą władz portu ekipa nurków przeprowadziła bezskuteczne badania, na dnie portu. Może po za kawałkiem metalu, który w żaden sposób nie przypominał części jakiegokolwiek pojazdu latającego.


Powstaje zatem pytanie, dlaczego zacierano ślady w tak nieprofesjonalny sposób?  Wystarczyło przecież podać do wiadomości publiczne, że był to meteoryt lub część jakiegoś samolotu, którego nie można pokazywać poprzez wzgląd na tajemnice wojskową. Wszystko było by dobre, prócz milczenia, dającego podstawę do wszelkich plotek i mobilizację dla  ciekawskich do dalszych poszukiwań. Tymczasem okazało się, że cały incydent gdański miał „drugie dno”.
Bronisław Rzepecki próbując dzisiaj wyjaśnić tajemnicę zdarzenia w gdyńskim porcie, natknął się na zachodnie źródła, które wtedy podawały m.in.:

W kilka dni po upadku obiektu do basenu portowego Gdyni strażnicy portowi napotkali dziwną istotę płci męskiej, całkowicie wyczerpana czołgała się po plaży. Istota ta nie mówiła żadnym w znanym języku i była ubrana w jakiś uniform. Cześć twarzy i włosy miała spalone. Zabrano ją do szpitala uniwersyteckiego i tam poddano badaniom. Okazało się, że tajemniczego przybysza nie można rozebrać, bo rozcięcie uniformu zrobionego z materiału podobnego do jakiegoś cienkiego metalu wymagało specjalnych narzędzi. W trakcie badań lekarze ku swojemu zdziwieniu stwierdzili, że istota ma zupełnie inny układ narządów wewnętrznych niż człowiek, a jej krwioobieg biegnie poprzecznie do ciała na kształt swoistej spirali. Ponadto liczba palców u rąk i nóg różniła się od naszej, raport jednak nie podaje jak bardzo.

Istota żyła dopóty, dopóki miała na ręku bransoletę. Gdy ją zdjęto, umarła. Wspomniane już źródła twierdziły, także, że kiedy ta dziwna istota przebywała na terenie szpitala, został on zamknięty i  otoczony przez funkcjonariuszy.
Bronisławowi Rzepeckiemu udało się ustalić, że agencje zachodnie opierały swoje relacje tylko i wyłącznie na doniesieniach spotkanego w Londynie jednego z lekarzy, pracujących w tym szpitalu.

Po dziś dzień pozostaje tajemnicą co stało się z ciałem tajemniczego przybysza. Jedni twierdzą, że po zakończeniu wstępnych badań wywieziono go samochodem-chłodnią do ówczesnego ZSRR. Biorąc pod uwagę miejsce i rok 1959, kiedy to wszystkie tej podobne sprawy kończyły się „współpracą z ZSRR” jest to jedna z najbardziej prawdopodobnych hipotez.
Inni uważają, że ten KTOŚ nadal spoczywa w jakimś inkubatorze na terenie jednego z naszych szpitali lub laboratoriów wojskowych. Mogło bowiem zdarzyć się i tak, że z obawy, by transport nie zakłócił śpiączki istoty pozostała ona u nas. „Śpiączki” bowiem sprawa fizycznej śmierci istoty, nie jest ostatecznie przesądzona. Wielu zachodnich badaczy twierdzi, że to, co nazwano śmiercią istoty, jest w gruncie rzeczy swego rodzaju letargiem, z którym ziemska medycyna nie potrafi sobie dać rady.

W całej sprawie pozostaje oczywista wątpliwość: czy mamy tutaj rzeczywiście do czynienia z katastrofą na miarę Roswell, czy jest to tylko czyjś wymysł chorej wyobraźni? To, co zaobserwowali świadkowie, mogło być np. meteorytem lub zwykła katastrofą lotniczą, do której nie chciały się przyznać władze. Poraniona istota mogła być pilotem, a strój jakimś testowanym skafandrem.

Mogło tak być, gdyby nie fakt, że na opis tego wydarzenia natknął się przez przypadek, całkiem niedawno, pewien oficer. Korzystając przy robieniu doktoratu ze zbiorów biblioteki Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lotniczych w Dęblinie, należących potocznie do zatajonych. Znalazł w jednym z nich opis gdyńskiej historii i odnalezienie humanoidalnej istoty oraz informację, że przechowywana jest w inkubatorze w stanie śpiączki! Oczywiście wojsko zbywa milczeniem pytania o ten właśnie raport. Nikt jego istnienia nie potwierdzi, ale i nikt nie chce w sposób jednoznaczny mu zaprzeczyć. I to właśnie ten ślad jest istotną przesłanką, by całe zdarzenie traktować jak najbardziej poważnie.
New layer...